Witajcie!
Jesteśmy małą hodowlą kotów maine coon znajdujacą się w Nowych Sedlicach w Republice Czeskiej nieopodal Opawy (niespełna 15 km od granicy z Polską). Obecnie naszą rodzinkę tworzy pięciu członków. Ja mam na imię Silvie i jestem lekarzem weterynarii. Mój mąż to Martin i jest chemikiem. Mieszka z nami nasza kotka maine coon – Shangha Nee, kocurek Armani (od niedawna) i pies Legolas.
Koty maine coon fascynowały nas od dawna - jeszcze przed rokiem, 1989 kiedy to w Republice Czeskiej hodowano jedynie koty perskie, brytyjskie i niewielu przedstawicieli krótkowłosych. Informację o tych kotach zaczerpnęliśmy oczywiście z literatury, choć i to nie bez trudu. Pierwszego w życiu maine coona widzieliśmy oczyma wyobraźni, gdyż w naszych kocich książkach o tych pięknych kotach pisano niewiele, a już zupełnym cudem było znalezienie ich zdjęć. Dlatego na początku skupiliśmy się jedynie na charakterystyce tej rasy. Prawdziwego kota maine coon zobaczyliśmy dopiero w zagranicznym czasopiśmie. Już wtedy naszym wielkim marzeniem było posiadanie tego „rysia z ogonem szopa”.
 Niestety, nie był to odpowiedni czas. Mimo że, w Czechach zaczęły się już pojawiać pierwsze koty tej wspaniałej rasy nie mogliśmy jeszcze zrealizować naszych pragnień. Byliśmy młodzi, mieszkaliśmy osobno u swoich rodziców, studiowaliśmy…
Zmiana nastąpiła przed dwoma laty. Kupiliśmy mały domek, który wciąż krok po kroku remontujemy. Zaczęliśmy też rozglądać się za zwierzętami do naszej rodzinki. Rasę kotów mieliśmy wybraną od dawna, ale co do psa nie mieliśmy pewności. Decyzja zapadła na wystawie psów w Ostrawie – to musi być hovawart. Chcieliśmy jednocześnie kupić kociątko i szczeniaka, aby się do siebie przyzwyczaiły.
Psa kupiliśmy wybierając jednego z 30 różnych hodowców, których znajdywaliśmy czytając ogłoszenia. Z kotką było gorzej. Mieliśmy bardzo duże wymagania… Co do psa wiedzieliśmy ze musi być w płowym kolorze, kotka czarna, najlepiej tygrysio pręgowana.
W kwietniu w naszym domu pojawił się wiec Legolas – szczeniak Hovawarta. Ale wciąż szukaliśmy kotki… Zaczęliśmy od czeskich hodowców. Było ich niewielu, niestety, nie mogliśmy znaleźć wymarzonej barwy, albo aktualnie w miocie były tylko kocurki. Niektóre z hodowli oferowały kocięta bez rodowodów lub w takich cenach (zdecydowanie wysokich), które absolutnie nie odpowiadały rzeczywistej wartości kota. Byli wśród nich i tacy, którzy najpierw mówili, że mają kocięta z rodowodem, a potem okazywało się, że to nieprawda. Uznaliśmy, że w tym miejscu nie będziemy tych hodowli wymieniać z nazwy by nie robić im reklamy, zwłaszcza, że niektórzy z ich właścicieli byli bardzo nieprzyjemni. Zawiedliśmy się ale postanowiliśmy się nie poddawać i szukać dalej… i w końcu się udało!
Po niepowodzeniu w Czechach zaczęliśmy rozglądać się wśród hodowli zagranicznych w Internecie.
Odkryliśmy polską hodowlę Furby Dream *PL,  w której znaleźliśmy taką kotkę jaką chcieliśmy. Niemal natychmiast zakochaliśmy się w malutkiej koteczce o imieniu Shangha Nee. Napisaliśmy szybko e-maila do Polski. Byłam bardzo zaskoczona, gdy jeszcze tego samego dnia odebrałam telefon z Polski, od hodowczyni Justyny Sola- Stańczyk, która zaprosiła nas do przyjazdu do siebie. Wyjechaliśmy w dniu moich urodzin, 13. lipca 2002. Przyjechaliśmy jedynie po to by zobaczyć kocięta, ale wróciliśmy już z małą Shanghulką. Dzięki Martinowi był to najwspanialszy podarunek urodzinowy, jaki dostałam w życiu. Zyskaliśmy także nowych przyjaciół  Justyna i Paweł z Polski są teraz naszymi serdecznymi przyjaciółmi. Poznaliśmy też współwłaścicielkę hodowli Belmicoon *PL i kocura EC Belmondo, ojca naszej koteczki. Z Polski wyjeżdżaliśmy szczęśliwi, bo mieliśmy wreszcie naszą wymarzoną kotkę…

Silvie i Martin